Noce w Jimbaran


O Jimbaran można pisać wiele bo i miejsce z jednej strony magiczne, z drugiej przepełnione jakimś niepokojem, czymś co wisi w powietrzu i nie mając ochoty runać, trzyma w napięciu, wychyla się w zakamarków i gra na na emocjach.


Jakkolwiek w Indonezji spędziliśmy ponad miesiąc, podróżując w najbardziej odległe jej rejony, Jimbaran zapamiętałam jako miejsce pełne kontrastów. Do Jimbaran z Bali dojechaliśmy taksówką z przemiłym kierowcą, który stał się naszym przewodnikiem na cały czas pobytu w tym miejscu. Jimbaran warto potraktować jako bazę wypadową do świątyni na wodzie (pura tanah lot) http://blogopodrozach.pl/pura-tanah-lot-ziemia-posrodku-morza/ oraz kompleksu taman ayun http://blogopodrozach.pl/taman-ayun-w-swiecie-demonow-bogow-i-ludzi/. Wybraliśmy hotel, jak zwykle klimatyczny. Indonezyjska architektura, ołtarzyki z bóstwami wlepiającymi wielkie, kamienne oczyska w każdego przybywającego turystę, zapach kadzideł, mokrej szmaty i roślinności zalegającej we względnie czystej sadzawce. Cóż, Indonezja to nie Tajlandia. Słowa czystość, dobre jedzenie, uprzejmość nabierają tu zupełnie innego znaczenia. Przyzwyczailiśmy się już do faktu, że na śniadanie we wszystkich hotelach, bez względu na ilość gwiazdek dostajemy czarną lurę, zimny omlet (z bananem) i tosty z fasolką (co też z tzw.english breakfast nie ma nic wspólnego). Basen duży, czysty, ozdobinony kaskadami kwiatów, kamiennym wodospadem, to było coś co sprawiało, że miejsce to nawet przy swoich grzeszkach podobało nam się. Całość położona w bujnym ogrodzie, w centrum, a jednak z dala od ulicznego gwaru sprawiała, że po męczącym dniu zwiedzania była doskonałą enklawą.

Jimbaran słynie z owoców morza, kolacji przy świecach, nad brzegiem wzburzonego wieczorami oceanu. Niezliczone rzędy stolików, przykrytych prawie zawsze bordową lub zieloną tkaniną, oświetlonych dyskretnym blaskiem lampionów, zachęcają do spędzenia wieczoru na plaży. Plaża. Szeroka, piaszczysta, odcieniem ni żółta ni złota ni beżowa i czysta. Jadłam już owoce morza w wielu miejscach na świecie i te, które jedliśmy w Jimbaran dostają punktów 3+ na 5. Stolik nasz jest najbardziej wysunięty w stronę morza, mam wrażenie, że jesteśmy tylko we dwoje. Tańczący płomień świecy oświetla półmiski, na których leżą, ubrane w zieleninę kraby, małże, krewetki, kalmary, homar. Do tego owoce i oczywiście wino. Przyrządzone poprawnie, smaczne, świeże. Panowie grajkowie, stojący kilka metrów dalej, muzyką i uśmiechem zachęcają do tańca i pozbycia się paru drobnych z kieszeni. Jest pięknie. Wzburzony ocean po kawałku pożera naszą plażę. Za parę godzin będzie tu tylko on. Stoliki, ludzie, grajkowie…znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do jutra, do następnego wieczora w Jimbaran. Ps. Jest to najdroższa w moim życiu kolacja z owoców morza. Dowiaduję się, że wszystko co podano jest codziennie sprowadzane. Wierzyć się nie chce, prawda? Azja, Azji nie równa.

Noce w Jimbaran. Kiedy wyjdziesz ze strefy komfortu, blasku świec, niegroźnych homarowych szczypiec, Jimbaran pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Upojeni winem, smakami i zapachem oceanu idziemy na spacer. Niewiele już miejsca zostało na plaży. Przybierający ocean przegonił restauratorów, ludzi, wiatr pozrywał lampiony, obrusy, pogasił świece. Gdzieniegdzie słychać głosy niedopitych turystów, upchanych w kącie pod wiatą lub palmą. W powietrzu tańczą śmieci, serwetki. Szczekają psy, pod krzakiem przebiega szczur. Wózki, z których serwowana jest przepyszna kukurydza http://blogopodrozach.pl/jimbaran-kukurydza-homary/, które wygrywają wesołe melodyjki, stoją nieruchome. Chwilę idziemy plażą, po czym wychodzimy na drogę prowadzącą na nocny market. Przyzwyczajenie mówi, że tam znajdziemy prawdziwe życie, poznamy zwyczaje lokalsów, zjemy coś, czym będziemy się zachwycać i gdybać czy oby się tym nie zatrujemy. Wita brama i napis – terima kasih, co znaczy dziękuję. Pod stopami mamy błoto, śmieci, psie kupy, czuję się fatalnie, mając na nogach japonki. Im dalej idziemy, tym wyobrażenia o romantycznym spacerze po lokalnym targu, pełnym pyszności, zastępują rozpadające się budy. Przepełnione smrodem potu, marihuany, tytoniu i nadpsutych owoców przyprawiają o mdłości. Jakieś dziecko, pozostawione same sobie, drze się w niebogłosy, wycierając rączką zasmarkaną buzię. Mija nas kilkunastoletni chłopak na rozklekotanym rowerze, cedząc przez zęby coś w stylu – spier…stąd! W głębi tych bud siedzą miejscowi mężczyźni. Przekrwione od trawy i wiatru białka oczu, dźwięk nienastrojonych, smutnych gitar wprawiają mnie w poczucie lęku. Ściskam kurczowo aparat i męża, romantyczny nastrój diabli wzięli. Jestem pełna podziwu dla własnej osoby, że w ogóle ośmielam się robić zdjęcia. Szybko, z ręki, z ukrycia. Cały ten klimat teraz w nich widzę, niepokój. I dopiero teraz, kiedy piszę uzmysławiam sobie, że tamtej nocy w Jimbaran była pełnia! Mijamy stoisko z rybami. Szkoda, że nie ma linków do smrodu, bo opisać trudno. Za “ladą”, nad zakrwawioną deską stoi sprzedawca z papierosem w zębach. Obok stoisko z żarówkami. Młody chłopak naprawia je i układa w osobnym pudełku. Następne stoisko to tytoń. Niemożliwie upalony, wystraszony, drobny człowieczek, nad którym pastwi się jakiś osiłek. Bananowy raj. To buda z bananami. W środku dwóch mężczyzn, patrzących na mnie tak, że ciarki przechodzą po plecach, bynajmniej nie z rozkoszy. Przytulam się do męża, chcę wracać do hotelu. Noce w Jimbaran.

Wybrane dla Ciebie
  • Magdalena Czekaj

    Zaskoczylo mnie to co piszesz o sniadaniach i czystosci w hotelach. Chyba nie jestesmy az tak wytrawnymi podoznikami jak Ty (duzo mniej krajow odwiedzilismy) i troche sie boimi co zastaniemy na miejcu, wiec celujemy w hotele troche drozsze. W Indonezji zdarzylo nam sie jednak spac tez w zwyklym home stay bez gwiazdek (poza tym w hotelach, ale tez nie byly to 5 giazdkowe miejsca, a raczej 3-4 a nwet 2). Miejsca byly bardzo bardzo klimatyczne. Wszedzie bylo czysto a sniadania byly super. Najbardziej nam sie podobalo jesli mozna bylo dostac sniadanie indonezyjskie. Kawa owszem jest parzona a nie z ekspresu, ale czesto podaja ja w takich dzbaneczkach z czyms w rodzaju sitka (chyba we Francji takie sa popularne). Zwykle byla bardzo dobra, lokalna. A w lepszych hotelach maja maszyne do ekspresso. Na Bali sniadanie nie bylo typowo indonezyjskie, ale byl tez duzy wybor owocow, wyciskane soki – pycha. Nalsnik, a wlasciwie pancakes z bananami tez raz dostalismy i bylo cieple i pyszne (a obsluga w hotelu byla zupelnie nie ogranieta – niemniej dobre sniadanie udalo im sie zrobic).

    • Magdaleno, bardzo się cieszę, że trafiliście na fajne warunki 🙂 Nie ma reguły, ile podróży tyle doświadczeń. Niemniej jednak Indonezja po ponad miesięcznej wyprawie nie pozostawiła w nas ochoty do powrotu. Kawa. Najlepszą piliśmy na plantacjach. Próbowałaś coffe luwak? 🙂 Co do klimatu i cen hoteli lub home stay. Nie zawsze co drogie to warte wydanych pieniędzy zwłaszcza tam gdzie ceny windowane są pod turystów. Czasem, fajny klimatyczny home stay ma więcej do zaoferowania i pomimo, że cenimy sobie tzw. dobre warunki nie stronimy od takich miejscówek. Niedawno wróciliśmy z Filipin. Piękny kraj, super ludzie, biedny ale uczciwy. Niedługo na blogu relacje i zdjęcia. Zapraszam 🙂

      • Magdalena Czekaj

        Tak probowalismy kopi luwak. Ale nie na plantacji. Bo troche sie naczytaismy, ze na Bali cywety sa trzymane w klatkach, wiec sie obawilismy czy dobrze trafimy. Wlasnie w pierwszym home stay gdzie bylismy, wlasciciele mieli tez sklep z kawa. Sprowadzali kopi luwak z Sumatry i byla to hmmm kupa na pewno od dzikich cywet. Sami ja oczywszcali i wypalali. Bardzo nam smakowalo, jest ta kwa rzeczywiscie delikatniejsza w smaku, bez goryczki, i miala wyraznie wyczuwalne dodatkowe aromaty. I nie zaplacilismy az tak bardzo duzo, w przeliczeniu bylo to 5€ za filizanke.
        Nas Indojezja urzekla, bylismy 3 tygodnie i ja bym spokojnie tam na 3 miesiace mogal pojchac (ajkbym miala tyle urlopu). Niesamowita przyroda (szczegolnie w okolicy Parku Narodowego w Komodo), kultura (Ramayana Balet czy lagoon dance), dobre jedzenie i wspaniali serdeczni ludzie. Tak, zdarza sie, ze sa nieuczciwi i naciagaja, ale jakos sobie z tam radzilismy (sprawdzalismy wczeniej ile dana rzecz powinna kosztowac albo unikalismy miejsc gsdzie wiadomo bylo, ze uslyszymy ceny z kosmosu -np. nie jechalismy na Bromo przez PRobolingo na wlasna reke). Natomiast wszyscy, z ktorymi nie musielismy robic zadnych intersow w rodzaju kupna tudziez ustalenia kosztu przejazdu byli bardzo bardzo uprzejmi i otwarci.

    • Igor

      Niestety… Indonezja to biedny kraj. Na Bali, to jeszcze jest całkiem przyzwoicie. Zapuszczanie się na Jawę – jest już ryzykowne. Poza hotelami, gdzie na ogół mają wszystko (jak na statku wycieczkowym) jest ciężko.
      Ziemie na ogół mało żyzne stąd owoców mało, owoców morza w zależności od miejsca trochę jest. Podróżując na własną rękę można znacznie bardziej zbliżyć się do rzeczywistości. Ceny często mocno zawyżone, raz trafiliśmy na domki na środku pola ryżowego, gdzie właściciel zażyczył sobie 100 USD za dobę ze śniadaniem (na śniadanie jak wszędzie w Indonezji: jaka smażone, gotowane albo omlet) – co za proponowaną miejscówkę i warunki to naprawdę o wiele za dużo.
      Jakość usług.. różna, z przewagą na “słaba”. W lokalnych restauracjach skromne menu, gdzie podstawą jest Nasi, owoce morza raczej drogie (w porównaniu do np. Tajlandii). Jeżeli chodzi o kawę poza hotelami, to raczej się rozczarowałem. Raz szeroko otwierałem oczy zaglądając do pojemniczka z mlekiem, które zostało rozcieńczone wodą i wyglądało jak rozpuszczona farbka.
      Uważam, że Indonezję warto zobaczyć, ale trzeba się liczyć z tym, że dla lokalnej ludności nie jest to łatwe miejsce do życia.

  • Pingback: Najpiękniejsze plaże w Indonezji - BLOG O PODRÓŻACH()

  • Pingback: Jimbaran. Kukurydza, homary - BLOG O PODRÓŻACH()

  • Świetnie się czyta takie wpisy. Spojrzenie naprawdę bardzo ciekawe i prawdziwe. Pozdrawiam!

    • Ślicznie dziękuję. Są miejsca na ziemi gdzie człowiek boleśnie styka się z rzeczywistością. Ale właśnie to buduje świadomość, podkręca chęć podróżowania albo ją zabija. Indonezja, kraj barezo specyficzny, w moim odczuciu raczej nieprzychylny turystom, agresywny w mentalności, chciwy poprzez wszędobylską biedę ale i bylejakość oferowanych usług.

  • Igor

    Nieco inne spojrzenie. Wszyscy na blogach pokazują pełne talerze, dzióbki do “słit foci” jak to jest cudownie…
    Życie w takich miejscach ma również drugie oblicze, warto być człowiekiem, mieć świadomość i pomóc!
    Brawo, że ktoś na to zwraca uwagę!

    • Dziękuję. Indonezja to bardzo różnorodny kraj. Warto pobyć tu trochę dłużej, wyjść poza hotel i zobaczyć jak żyją ludzie.

W fabryce gitar Alegre

Malta

Malta. Przewodnik bardzo subiektywny.