Gili Trawangan. Targ nocny.


Czas na Gili Trawangan upływa nam miło  i szybko. Pora udać się na popularny night market i skosztować lokalnych specjałów. Ciekawe czy zostanę przy stwierdzeniu, że najlepsze azjatyckie jedzenie to bazarkowe jedzenie.


Nocny market na Gili Trawangan znajduje się mniej więcej w połowie promenady biegnącej przez jej środek. Tuż obok zejścia do przystani, z której wypływają rybacy i turystyczne łodzie. Po specjałach w postaci owoców morza, kuchni włoskiej, tajskiej i każdej, chcemy sprawdzić co przyciąga setki turystów każdego wieczora na tzw. night market. Jest późno, może koło drugiej.
Gili Trawangan. Większość wakacjowiczów jest mocno pijanych, wśród nich przewagę stanowią Niemcy, Anglicy, Australijczycy. Na placu, na którym rozstawiono długie ławy, budy, stragany z jedzeniem, ubraniami, pamiątkami jest gwarno. Do każdego stoiska ciągnie się dłuuuga kolejka, z której to słychać szmer, mam wrażenie, wszystkich języków świata. Zaparkowane rowery, bryczki, które za dwie godziny będą miały sporo pracy, aby dowieźć większość zebranych tu ludzi do hoteli. Pierwsze co uderza, to mieszanka różnych zapachów. Opalane kurczaki, kukurydza polewana tłuszczem z dodatkiem curry, rybie mięso i dania na bazie makaronu. Wszystko to tworzy niesamowitą i nie do końca dla mnie przyjemną mieszankę. Rozglądam się. Widzę młodego mężczyznę oprawiającego rybę na skrzynce, kobietę dłubiącą w nosie, inną piszącą sms, trzymającą stopy na prowizorycznej ladzie, z której za chwilę poda jedzenie. Brudne naczynia, wiadra z wodą, plastikowe talerzyki, kubki, sztućce. Gdzieś w oddali stragany z ubraniami. Lekki wiatr porusza kolorowe wieszaki, sukienki na nich wyglądają jak tańczące wycinanki. Stajemy w kolejce po ciastka. Na nic innego nie mam ochoty. Mąż postanawia skosztować kurczaka i szaszłyków. No, nie jest to Tajlandia. Od progu tyle różnic, że słowo Azja zaczyna nabierać dla mnie wieloznaczności. Jedzenie jest średnio świeże, mało aromatyczne. Przeraża mnie smród i brud tutaj panujący. Żałuję, że jestem trzeźwa, bo siedzący przy ławach, podpici ludzie, pochłaniają łapczywie zawartosć swoich tacek. Konsumuję zakupione ciastko, jest ok.

Ja jednak w tej całej Indonezji najbardziej lubię kukurydzę z wózków na plaży. Polewana mieszanką tłuszczu z przyprawami, pieczona na węgięlkach jest świetną przekąską. Chce mi się pić. Zauważam maszynę mielącą owoce z dodatkiem lodu. I chyba coś lub ktoś ma mnie w swojej opiece, bo zaraz potem dostrzegam kobietę przelewającą wodę z wiadra do pojemników na lód, które chowa do lodówki. Tego samego wiadra, które wcześniej służylo jej do mycia naczyń. Odpuszczam. Dzisiejsza wyprawa na nocny targ okazuje się rozczarowaniem. Zastanawiam się co jeszcze czeka nas na Gili Trawangan i jak wielka przepaść dzieli jej oba krańce. Jutro idziemy plażować po tej „drugiej stronie”…

Wybrane dla Ciebie
Tygrys bengalski

Tiger Temple. Ciemne strony Krainy Uśmiechu.

kopi luwak

Kopi Luwak i inne smakołyki

DO GÓRY